lechumerc
Nowicjusz

Wiadomości: 1
|
 |
« Odpowiedz #114 : Sierpień 07, 2010, 17:39:23 » |
|
Witajcie to mój pierwszy post tutaj , mimo iż przeglądam to forum od 1 roku, dopiero teraz potanowiłem się zalogować. Mam na imię Leszek, opowiem Wam moją przygodę z Toto, i koncertem marzeń, który odbył się w Benediktbeuren, pod Monachium. Zaczęło się w 1998 roku, gdy w warszawskiej radiostacji Eska, usłyszałem parę utworów Toto, a w szczególności Africa, Hold the Line, zakochałem się w tej Muzyce... W radiu Eska po 22 w nocy za sterami siadał p. Andrzej Ładygowski, człowiek dzięki któremu poznałem co to jest profesjonalne prowadzenie audycji, oraz jakiej muzyki warto słuchać... U pana Andrzeja zawsze występowało Toto, czy ktoś z Was słyszał kiedykolwiek w radiu Goin' Home? Ja tak... oraz dziesiątki innych wspaniałych wykonawców takich jak Journey, Roxy Music, Special 3... Zakochałem się w Toto, a w 1999roku pojechałem na swój pierwszy koncert Toto do Sali Kongresowej, drugiego dnia. Było cudownie, byłem wtedy uczniem 2 roku technikum samochodowego, i pamiętam jak po koncercie wracałem do Mińska Mazowieckiego gdzie mieszkam, pociągiem z bandą oprychów. Miałem wtedy dusze na ramieniu...Przez wszystkie kolejne lata Toto towarzyszyło mi wszędzie. Ponieważbardzo dużo podróżuje służbowo do Berlina, któregoś dnia mało nie spadłem z krzesła, gdy usłyszałem że w Berlinie odbędzie się prywatny koncert Toto. Zamówiłem bilety przez internet i spokojnie czekałem, na tydzień przed koncertem przyszły bilety pocztą. Szczęśliwy rozpieczentowałem przesyłkę a moim oczom ukazał się taki widok, koncert Toto, nie w Berlinie, tylko w Benediktbeuren, 70 km od Garmish Partenkirchen pod Szwajcarią... Z domu to 1270km w jedną stronę! Ale co ja nie dam rady? Nigdzie w sieci nie mogłem znależć jakichkolwiek informacji na temat tego koncertu, poza info że tam się odbędzie. Zajechaliśmy we trójkę ja, moja żona i mój brat. Byliśmy tam na 15, typowa wieś, klasztor, i dwa małe plakaty z Toto... Ludzie myślałem że zwątpie, przed bramkami 8 osób, czekających na wejscie... Nagle zaczęło padać, na początku delikatnie, ok, jednak potem zrobiła się ulewa. Ok godziny 16 stojąc i rozmawiając z ludzmipoznałem prawdziwych fanów Toto, w tym Mike, człowieka ok 50-tki, który jak się dumnie wypowiadał od 1986 roku był na wszystkich koncertach TOTO. Nagle, otworzyły się drzwi wejsciowe i w towarzystwie ochroniarza, wyszedł do nas sam Lukather. Chcielibyście zobaczyć jego mine, spodziewał się tłumu wielbicieli, a zobaczył 8! osób. Wszystkim nam opadły szczęki, ja nie byłem w stanie wydusić słowa, po czym Mistrz powiedział spokojnie że bardzo cieszy się że tu jesteśmy i zaprasza do posłuchania próby dzwięku. Dopiero wtedy przez te uchylone drzwi dojrzeliśmy profesjonalną scenę. Uspokoiłem się. o 18.10 zaczeli wpuszczać, stojąc przy samych drzwiach, po 30 sekundach, byłem pod sceną. Jednak zawróciłem i kupiłem pikękną koszulkę z trasy niebieską, dwa breloczki, do kluczy, oraz zapalniczkę. Ok godziny 19 lało już bez ustanku, a na dziedzińcu klasztoru na oko było 1000 ludzi... Naszą uwagęzwróciły instrumenty stojące na scenie, w tym jakiś dziwnie mały zestaw perkusji Simona Philipsa. Obaj zbratem jesteśmy wielkimi fanami Simona, więc zrodziło to w nas niepokój, czemu jest tylko pojedyńczy srebrny zestaw... Wszystko wyjaśniło się o 19.45, gdy na scene wpało 4 jegomości, i rozpoczęło ten koncert, nie mogłem w to uwierzyć ale jako support przed TOTO wystąpiła wspaniała grupa Wishbone Ash!!! Nigdzie nie było słowa o tym żeby ktokolwiek tego wieczoru miał występować oprócz TOTO... Zaczęli Engine Overheat, The King will come, Sometimes world, nowy utwór Reason to Belive, oraz na deser Phoenixa w wersji 15 minutowej, oraz na koniec Throw down the sword. Byliśmy wniebowzięci, potem nagle na scene wpadło ok 20 ludzi z obsługi i w ciągu 20 minut posprzątali wszystko, po czym zdjęto zasłonę i naszym oczom ukazał się cały sprzęt w pełnej okazałości naszych Totowców. Ludzie oszaleli, gdy wyszli na scene zgasły światła i zaczęli Child's Anthem, mało nie puściłem kleksa, stałem 3 metry od sceny, miałem ich wszystkich na wyciągnięcie ręki. Cali mokrzy od 7 godzin na deszczu, ale szczęśliwi, chłoneliśmy wszystko co wyrabiało się na scenie. Niestety przez ten deszcz nie ma w sieci nic co ktokolwiek byłby w stanie zarejestrować. Ja zrobiłem ok 10 zdjęć i aparat odmówił posłuszeństwa. Było znakomicie, byliśmy chyba jedynymi Polakami, wszyscy patrzyli na naszą tablicę rejestracyjną i kiwali głowami. Koncert skończył się pare minut przed północą. Cali mokrzy ale szczęśliwi w samej bieliźnie po zmianie usnęliśmy na placu parkingowym, po czym rano o 7 pojechaliśmy do domu, by być w Mińsku parę minut po 20-stej.Wybaczcie tak długi tekst ale nie dało się krócej...
|